
Zbuntowany Szczeniak
Rozdział 4
Oki
A było miło… ale czego ja się spodziewałem. To, że wkurwia i rzuca durnymi tekstami nie robi z niego nikogo wyjątkowego pośród całej reszty bogaczy… Czy naprawdę wszyscy są tacy? Yh… No cóż…. Szedłem do domu przyspieszonym krokiem. Zirytował mnie… Ja wiem, że nic o mnie nie wie i … i ludzie są nauczeni oceniania innych tak po prostu, a wręcz mają to we krwi… I wiem, że tacy jak on nawet znając prawdę i tak nie zmieniają swoich poglądów… dla nich ktoś niższy statusem jest nic nie warty i myślą, że każdego da się przekupić… Ale nie mnie.
Wróciłem do siebie, ale zamiast być zmęczonym, iść spać to się kręciłem po mieszkaniu. W końcowym efekcie się ubrałem i wyszedłem na spacer. Przejść się i pomyśleć. Kiedy ruszyłem w stronę wąskiej ścieżki biegnącej przez pola, księżyc już był wysoko nade mną. Wyszedłem z domu tylko po to, żeby uporządkować myśli, liczyłem, że znajome pola pomogą mi je uciszyć. Księżyc świecił, a jego blady blask wyciągał z ciemności zarys drogi. Im dalej odchodziłem od miasteczka, tym bardziej dźwięki codzienności przycichały. Z oddali dochodziło tylko pojedyncze szczeknięcie psa albo brzęk zamykanego okna. Reszta tonęła w nocnym spokoju. Spojrzałem w niebo. W mieście nigdy nie było ich widać. Nawet na dachach najwyższych budynków… A tutaj mogłem zobaczyć wszystkie, czuję się mały jak na nie patrzę, ale pod tymi gwiazdami wszystko wydawało się prostsze, bardziej zrozumiałe.
Szedłem tak dobre pół godziny i stwierdziłem, że czas wracać, w końcu jutro czeka mnie spotkanie z jakże kochaną radą pedagogiczną… Na samą myśl mi niedobrze. Ciekawi mnie czy Linn coś powie, nie pokazywał się mi na oczy od ponad roku. Ani razu nie zaglądnął do sklepu. Ale czy to ważne? Chociaż… czułbym się o wiele lepiej gdyby go zamknęli… nie lubię policji, nie są przydatni, a prawo jest głupie i pozwala takim jak on chodzić i robić w kółko to samo…
- Nie za późno na takie spacery? - usłyszałem blisko ucha i poczułem rękę na swoim biodrze. Więc nie myśląc za wiele uderzyłem napastnika z półobrotu nogą w bok twarzy - łoł, już już, to ja malutki haha - stanąłem jak wryty patrząc na niego jak masuje policzek, a później łuk brwiowy z cichym śmiechem.
- Życie ci niemiłe?! Zabić cię mam? Człowieku?! Pogrzało cię do reszty?
- Hahaha, no już już hah. Wybacza, ale nie mogłem się powstrzymać.
- Śledzisz mnie?
- Nie, nie, nic z tych rzeczy - popatrzył na swoją dłoń. - Ej, malutki.. popatrz co mi zrobiłeś? Jak ty mi się za to zapłacisz, co?
- Rany.. Poważnie? To co ty tu robisz do cholery..?! - byłem… wkurwiony byłem no… Popatrzyłem na jego twarz. - Kurwa… Serio? - kurwa, serio tylko tyle mu zrobiłem? Wypadłem z formy, muszę coś z tym zrobić, definitywnie. I tak patrzyłem na niego z zadartą głową do góry
- Hum? Może tak będzie ci łatwiej mnie podziwiać? - i się zgiął, dając twarz blisko mojej. Ale ja nic, tylko zacząłem patrzeć czy na pewno tylko tyle mu zrobiłem… Nie myśląc, że to ON, to zacząłem gładzić ręką miejsce gdzie trafiłem. Jak byłem wkurwiony, tak teraz jeszcze jestem zażenowany samym sobą….
- Ale tak poważnie…? - szepnąłem do siebie.
- Ej, malutki, ja też jestem zaskoczony, powiem ci, że nawet nadal trochę boli - mówił drwiąco z szerokim uśmiechem, patrząc na moją dłoń. - ale masz małe rączki~ - i wziął mnie za lewą rękę i przykłada swoją dłoń do mojej. - i ty jeszcze się dziwisz, że tak do ciebie mówię…
- Jak na moje to to ty tu jesteś ponadwymiarowy… - też popatrzyłem… no duże łapy ma… wziąłem od niego ręce
- Nie~jeszcze - i wziął tym razem prawą przyłożył sobie do twarzy - malutkie… milutkie..
- Jesteś pijany… - tak, to stwierdzenie… trafne?
- Nie~tylko trochę~ - czyli trafne
- Tsa~ Najebany to do domu..! - zabrałem dłoń z jego twarzy i dałem ręce na pierś patrząc na niego poirytowany. Kurde… Będzie miał bliznę na brwi… Teraz mi trochę głupio… z innej strony, to jego wina, wcześniej mógł nie wkurwiać, a teraz nie straszyć… Rany jaki ja teraz słaby jestem, porażka jakaś… - ile wypiłeś z tego co wziąłeś wcześniej, co? - też się wyprostował.
- Tylko trochę. Malutki~ I co teraz z tym faktem zrobisz, że nadal przez ciebie krwawię?
- Yh…
- Czyli jedziemy do mnie - uśmiechnął się
- Co? Jakie do ciebie….? Zaraz chwila?! Jedziemy?
- A no. - i macha kluczykami
- Co do..? Czekaj czekaj, ty taki odklejony od rzeczywistości tu przyjechałeś samochodem?
- Nie jestem aż tak pijany malutki, uwierz mi że potrzebowałbym o wiele więcej - mówił zadowolony, kręcąc kluczami na palcu. To mu zabrałem. - ej… Nie pozwalaj sobie na za dużo szczeniaku - to powiedział niby nadal rozbawiony, ale po wzroku mogę stwierdzić, że mu się to nie spodobało.
- Dbam o bezpieczeństwo nowego sąsiada. O co chodzi? - dałem ręce na biodra. - pijany, obity i chce wsiąść do samochodu. Nie mogę na to pozwolić.
- Też piłeś malutki~ - i znowu się do mnie zgiął
- Ta, 2 piwa, z dobre 3 godziny temu. Idziemy… Mam w domu plastry ściągające, trzeba ci to ogarnąć, bo wyglądasz jakbyś gdzieś przyłożył głową o kamień.. - i zacząłem iść, On chwilę postał i ruszył za mną.
- Czyli do ciebie? - usłyszałem zadowolenie w jego głosie.
- Na to wychodzi, nie pozwolę ci prowadzić.
- Możesz podwieźć mnie, pod mój dom, ja też mam apteczkę
- Ale ja wiem gdzie ją mam
- Wredny dzieciak z ciebie, wiesz?
- Ja? Zawsze. Gdzie zaparkowałeś gruza?
- Gruza?! MG to dla ciebie gruz?!
- Łoł łoł… stop… - aż się zatrzymałem - ty w pola wjechałeś MG..?
- Tak… A co? - popatrzył na mnie unosząc brew.
- przecież… - i nie dał mi dokończyć. Wziął mnie za nadgarstek i ciągnie za sobą - ej..?!
- O tu stoję - i pokazuje czarnego Cyberstera
- Człowieku?! To ma 11 cm od nawierzchni!
- Tak, ma - mówił zadowolony
- A ty tym w pole wjechałeś!
- Wyjeździe, nie pierdol malutki~ Jak się boisz to ja wyjadę
- Ni chuja! Tym bardziej ci nie dam kluczy, pogrzało cię? Wsiadaj! Kurwa czymś takim, w pole, po pijaku…! No wierzę normalnie noo~ a ja busem kurwa dziury mijam - aż się za głowę złapałem
- Ej, przeżywasz, jakby to twoje było…
- Ty jesteś nienormalny, no nie?
- E tam, przesadzasz - i zadowolony wsiadł. Ja rozumiem, że ma hajs, że go stać i tak dalej, ale kurwa! Serio?! Samochód za ponad 300 tysięcy?! A jest kurwa czarny cały, więc na pewno więcej bo jest na zamówienie… Ja jebie kabri w polu, nosz kurwa…. Wsiadłem
- O kurwa… - i poleciałem do tyłu
- Ej, malutki~jesteś za malutki, żeby tak siedzieć, wiesz? - i patrzy na mnie wrednie
- Cicho być…! Już i tak wkurwiony jestem… - i się poprawiam. Ustawiam wszystko pod siebie. I wszystko fajnie, ale zaczęło mnie drażnić to jak patrzy - i co się tak przyglądasz, co?
- Jak na dzieciaka z wiochy wiesz gdzie co jest. - i się mi przygląda.
- Trochę się interesuję…
- Hobbista by nie wiedział - kurwa, teraz będziesz włączał myślenie?
- Internet, wymyślili coś takiego, wystarczy czasem pooglądać.
- Mhm…
- Jedziemy! - i zacząłem jechać. Tragedia się skończyła jak wyjechałem na ulicę. I szybciutko do mnie. Zaparkowałem koło mojego gruza i wysiedliśmy.
- Malutki~a ty tylko busem śmigasz?
- Huh?
- No, czy tylko to masz - i stuka po masce.
- A, a nie nie. To Tivoli jest jeszcze moje
- Mały suvik
- Może mały, ale pojemny i wszędzie wjedzie. A tak jak sam to mam Jawke - pokazałem na motocykl w pokrowcu
- 300?
- Nah RVM 500
- Rozumiem, że dasz się przejechać
- Może - powiedziałem pewnie
- Świetnie - zadowolony ton
- Kiedyś
- Ej.. Tak się nie robi
- Moje więc mogę. A teraz chodź, chcę już do domu, rano muszę wstać
- Ah, no tak, niezadowolony bo musi do szkoły haha - i poszliśmy na mój kwadracik.
- Tu siad - pokazałem na kanapę, a on grzecznie usiadł
- A na kawę mogę liczyć?
- O tej porze serwują herbatę, szczególnie po procentach
- Kurczę… A dobrą jakąś chociaż? Ostatnio jak tu byłem widziałem, że sporo tego masz - siedział i patrzył jak chodzę po mieszkaniu
- Jak dla pana, to melisa na dobre spanie. I to nie podlega negocjacji
Chris
- Skoro tak… Jestem gościem, chyba nie wypada mi wybrzydzać.
- Owszem, nie wypada. - i zaczął wstawiać wodę na herbatę. W między czasie postawił apteczkę na stole. Dziwny, ale ładny dzieciak. Ale bajki o hobby motoryzacyjnym może sobie zachować dla tych co nic nie wiedzą. To było zbyt naturalne. Jazda też… Tu jeździ busem, albo suvem, na które na pewno wyłożył całe oszczędności, ale jak wejdzie do nie byle jakiej sportówki to wszystko potrafi bez zawahania… Ale w takim wieku… przecież to nie ma sensu… Żeby mieć styczność z czymś takim, trzeba mieć nieco więcej niż wypłatę ze sklepu… Bez sensu… A tak ogólnie to za dużo czasu spędza na otoczeniu, a za mało na mnie… Trzeba to zmienić. Popatrzyłem na apteczkę.
- Malutki~
- Yh… Czego? - popatrzył na mnie zdołowany - było tak miło, cicho i spokojnie, jeszcze chwilę temu…
- A już nie jest?
- Odezwałeś się i wszystko popsułeś - powiedział wrednie i się uśmiechnął patrząc na mnie
- Jesteś niemiły dla gości… Ja chciałem do siebie
- To idź, nie trzymam, ale klucze zostają ze mną, nie oddam ich teraz. - dał ręce na pierś
- Rany, matka mi tak nie matkowała…
- I teraz wychodzą tego skutki. - dał jedną rękę na biodro i przeniósł ciężar ciała na jedną stronę, zawsze jak mówi to gestykuluje rękoma. Po chwili postawił tacę na której były dwa kubki i przezroczysty czajnik z herbatą. Zacząłem oglądać kubek.
- Ładny… - podwójne ścianki, kształtem przypominają kule ze srebrnymi zaciekami. Czajnik też ze srebrnym akcentem - lubisz ładne rzeczy malutki?
- Kubek jak kubek… - usiadł koło mnie i przysunął do siebie apteczkę. - i kto nie lubi?
- Racja, ja też lubię ładne rzeczy…
- Mhm.. - usiadł na kanapie klęcząco, żeby łatwiej było mu sięgnąć mojej głowy - obróć się w moją stronę… - jaki skupiony na tym co robi hehe złapałem go pod udo oraz za bok i posadziłem sobie na kolana - EJ!
- Malutki~ ty jesteś ładny, wiesz? - popatrzył na mnie jakbym mówił w innym języku jednocześnie robiąc się delikatnie czerwonym. - a ja bardzo, ale to bardzo lubię ładne rzeczy~ - i tu z zaskoczenia i zakłopotania na twarzy zrobił się grymas irytacji.
- Po pierwsze, tak wiem, jestem zajebisty, po drugie i najważniejsze, nie jestem rzeczą..! - popatrzył mi w oczy. Tak jak wcześniej w parku, jak się zirytował… - a po trzecie, puszczaj mnie..! - nic mu nie robiłem, nawet mocno nie trzymałem, ale chwyciłem go mocniej jak chciał uciec
- Oj no weź malutki~ nie uciekaj, tak ci będzie łatwiej, nie uważasz?
- Teraz to możesz zrobić to sam…! Tam jest łazienka, lustro, a nóg połamanych nie masz…! - lepiej niech spuści szybko z tonu, bo nie ręczę za siebie… Teraz to ja patrzyłem na niego mocno poirytowany… zerknął na moją twarz i wziął głęboki wdech. Po prostu bez ciągnięcia tematu zaczął przemywać mi brew. Mam dziwne wrażenie, że za każdym razem jak ja zaczynam się irytować, to on się bardzo mocno powstrzymuje od tego, żeby dalej mówić to co myśli. Nie mam nic przeciwko, lubię takich chojraków, ale nie w stosunku do mnie. A przynajmniej wszystko w pewnych granicach… na razie hehe. Przemył ranę i nakleił plastry. Chciał już uciekać na fotel.
- O nie nie… jeszcze tutaj boli - pokazałem na swój policzek
- Co..? - popatrzył na mnie będąc już zgiętym w stronę fotela.
- Tu też boli, zrób coś z tym malutki~ - i poczułem uderzenie w brzuch. Na tyle mocne że się spiąłem. A on w tym czasie przeskoczył na fotel
- Ta da~ - rozłożył ręce zadowolony
- Miałeś zrobić tak, aby nie bolało… - udany… zapamiętam to sobie malutki.
- No przecież jest. Twarz nie boli, no nie?
- Ale brzuch już tak
- Ni gadaj.. - zaczął oglądać swoją rękę - mam wrażenie, że to mnie bardziej bolało niż ciebie… Rany… - zaczął machać ręką. Zabolało? Oczywiście, że tak. Ale mnie też… nie spodziewałem się czegoś takiego hah, nie ukrywam, rozbawił mnie tym.
- Meliski na uśmierzenie bólu?
- Ha.. ha.. zabawne
- Dla mnie owszem - uśmiechnąłem się do niego i nalałem.
- Ta~... szybka herbatka i do spania.
- Ale nie mogę tym razem spać na kanapie
- Nie możesz, bo musisz - powiedział pewnie
- Nie nie. Uderzono mnie w głowę, co jeśli coś mi się stanie podczas snu? Ktoś musi mnie doglądać, prawda?
- Nie sądzę, żeby to było konieczne - zaśmiał się. Już mu przeszło? Szybko. - ale racja, przyniosę ci rzeczy - i poszedł.
- Nie potrafisz siedzieć na dupce malutki, no nie? - krzyknąłem za nim, wrócił z poduszką, kołdrą i ubraniem dla mnie.
- Przeszkadza ci to?
- Nie, chociaż może trochę - nie, dopóki kręcisz się dookoła mnie hehe - usiądź na dłużej niż 5 minut.
- No siadam przecież - i z powrotem na fotelu. Wziął do ręki kubek i chyba trochę się zamyślił.
- Halo, ziemia malutki~
- Huh? - popatrzył na mnie
- Zmęczony jesteś, co?
- Nie, to nie to… po prostu nie chce mi się tam jutro iść… To wszystko.
- To powiesz dlaczego tak bardzo nie chcesz się pokazywać w szkole? Czy tak będziesz udawał, że wszystko w porządku, co?
- Już ci powiedziałem.. skleroza?
- Za mało, żebym wiedział, skąd aż taka niechęć.
- Wystarczająco jak na osobę, której nie znam za dobrze. - i wredny uśmiech. Wypił to co miał w kubku i wstał. - Idę spać, wiesz gdzie łazienka. Dobranoc.
- Dobranoc malutki~ - i się zmył do pokoju. A ja jeszcze trochę poleżałem. Chyba wkupiłem się w łaski dzieciaka, skoro znowu mnie do siebie od tak wpuścił. Tak długo jak tutaj będę muszę podejść do niego polubownie. Nie wygląda na takiego, który każdemu wskakuje do łóżka. Nie nie, definitywnie jest przeciwnie hah. Z jednej strony dobrze, ale z drugiej to sporo mi psuje niektóre wizje. Ten Linn… Jeśli to faktycznie człowiek , o którym myślę, to może być pomocny. I to nawet bardzo. Domyślam się, dlaczego młody go tak bardzo nie lubi. W końcu też jest tą jedną z nielicznych osób, które się wydostały z wysp Nerath. A wydostała się dosłownie garstka, która miała wystarczające chody i kryte plecy... ewentualnie bardzo dużo szczęścia. Jutro będzie dobra możliwość, żeby go poznać. Ta~ Popsujmy temu dzieciakowi trochę jego beztroskiego życia hehe
Oki
Wstałem przed 5. Genialne 3h snu. No ale cóż, wyjątkowo pójdę spać jak wrócę z tego durnego spotkania… Szybka łazienka i do kuchni. Howell spał jak zabity cicho chrapiąc, rozjebany na kanapie. Bawi mnie, kanapa na trzy osoby a ten człowiek ma ręce i stopy po za nią. Mało kiedy widzi się tak wysokie osoby. Ale chyba mu wygodnie… Wtulony w poduszkę jakby miała mu uciec spod głowy haha. Nie pasuje to do jego wyglądu. W sumie.. całkiem uroczo… AAA.. co ja myślę! Do roboty! Podszedłem do stolika, sprzątnąłem wczorajszą herbatę i zacząłem robić śniadanie. Mi średnio się chce, ale on na pewno będzie głodny. I tak po dłuższej chwili zacząłem smażyć omlety. W międzyczasie zacząłem parzyć kawę. Właśnie miałem wbijać kolejne jajka na patelnię…
- Ładnie pachnie… - usłyszałem za sobą i nie myśląc zamachnąłem się jajkiem, które akurat miałem w ręce i rozgniotłem mu na czole…- ow.. blah… - popatrzyłem na niego zaskoczony
- Ty naprawdę chcesz, żebym cię uszkodził, tak?
- Ale tak jajkiem? Fuj… - zaczął przecierać twarz, żeby zdjąć z siebie jak najwięcej.
- Nie podchodź tak do mnie! - i teraz już specjalnie rzuciłem kolejnym w jego stronę. I dostał w brzuch.
- Poważnie?
- Jak nie jak tak he he - zacząłem podrzucać kolejnym - obudziłem cię?
- Nie, za to zapach już tak - pokazał na patelnię - a jajka rozbudziły całkiem - patrzył na to jak podrzucam ze śmiechem. Gdyby nie wiele rzeczy, to naprawdę moglibyśmy się dogadać. Trochę przykre.
- Ah, ok. - i popatrzyłem na patelnię - Of.. - prawie spaliłem gara… Więc wróciłem do pichcenia. Podszedł za mną
- Humm…
- Co humm?
- Humm, to.. - i teraz ja oberwałem jajkiem. Popatrzyłem na niego powoli odwracając głowę w jego stronę - oddałem.
- Ah tak?
- Owszem.
- Ok. - wyłączyłem palnik. I wziąłem kolejny jajeczny pocisk, ale on mnie chwycił za nadgarstki i trzyma.
- Nie nie malutki~teraz nie masz szans.
- E..! - i rzuciłem. Tak że po prostu jajko się rozbiło na ziemi między nami - o nie… Spadło…Jestem bezbronny, puść pan, wstydu oszczędź…
- Czyli przyznajesz się do porażki? - patrzył na mnie z powagą, ja na niego z udawaną skruchą, ale gdy zobaczyłam jak jajko mu spływa po twarzy to nie wytrzymałem i wybuchnąłem śmiechem.
- Tak tak… haha - przyciągnął mnie do siebie
- Przyznajesz, czy nie? - popatrzył mi w oczy
- Chyba nie mam wyjścia… Jestem na straconej pozycji…
- Cudnie… Ale kara musi być - i pojawił się wredny obleśny uśmiech. On mi niby nigdy nic nie zrobił… Ale jak tak się uśmiecha to jakiś taki niepokój mam w głowie bo nie wiem co zrobi… A po tej akcji z alkoholem w pierwszy dzień… yh… i nagle zaczął wycierać swoją twarz o mój policzek, rozsmarowywując jajka
- A! Nie Puść, przestań! - zacząłem się wyrywać, a on trzyma tak, że ciężko się odsunąć.
- Mówiłem, że będzie kara hehe
- FuJ! Nie dość, że jajka to jeszcze ta twoja szczecina! AAA! Fu! Puszczaj mnie! - w końcu puścił…
- Szczecina…?
- Fu, ble… - zacząłem trzeć policzki. Nie lubię tego uczucia… w sensie zarost i wgl i … blah! Podoba mi się, ale z wyglądu, ale nie! FUUU!
- No, to teraz druga część kary
- Huh? - że o czym on teraz kurwa pierdoli?
- Głodny jestem… Więc ty dokończysz gotowanie, a ja się umyję - wyszczerzył się i ruszył do łazienki
- Aha..?? - no ale wróciłem do kuchenki. Wyszedł akurat gdy skończyłem. Dałem mu talerz na stół i ruszyłem do łazienki
- Mam na ciebie czekać?
- Nie! Jedz! - teraz szybkie mycie ryjka z jedzenia i wróciłem do niego - smacznego
- Mhm~ - zadowolony jadł - dobre, smaczne. Chcesz dla mnie gotować malutki? Zapłacę ci.
- Kusząca propozycja, ale nie dziękuję.
- Szkoda~ - jeszcze kawa i sam zacząłem jeść. - mam cię podwieźć?
- Nah, nie ma takiej potrzeby
- Na pewno?
- Jupp. - zjadłem i oddałem mu kluczyki - nie chcę wypraszać, aaaaale jeszcze muszę się ogarnąć i w ogóle, no nie? - uśmiechnąłem się
- Jasne, jasne. Rozumiem. Ale jakbyś zmienił zdanie. Chociaż, napiłbym się jeszcze jednej kawki na wychodne, wiesz?
- Yhh… Dobra dobra, przecież nie może być za łatwo no nie? Nie wyjdziesz od tak, prawda?
- Nie, wyjdę po kolejnej kawie - uśmiechnął się milutko
- Dobra. Daj mi moment. - i tym razem ogarnąłem się jak należy i po powrocie kolejna kawa. - prosz. Kawa. Zadowolony?
- I to jak.
- Świetnie, ja też. Um…
- Co jest malutki?
- W sumie… Skąd jesteś jeśli mogę zapytać? Pojawiłeś się tutaj w sumie znikąd…
- Ja? Mało ważne malutki, naprawdę
- Może i nie ważne, ale mnie ciekawi.
- Powiedzmy, że męczyło mnie życie w mieście i chciałem odpocząć gdzieś gdzie jest cisza i spokój
- Mhm… - ta ta, jasne, pierdolenie kotka za pomocą młotka… za kogo on mnie ma… no ale dobra, powiedzmy, że w to uwierzę…
- A ty? Od jak dawna jesteś zdany sam na siebie?
- Nie chcę o tym mówić. Za mało cię znam - teraz to spierdalaj, ty mi kit wciskasz to ci gówno powiem..!
- No nie, weź malutki, nie bądź taki i daj się poznać.
- Nie ma tak lekko. Na zaufanie trzeba sobie zasłużyć. Ty nic o sobie nie chcesz powiedzieć, to nie licz, że ja to zrobię… Coś za coś Chris -- uśmiechnąłem się do niego, a to on patrzył na mnie z lekko zmarszczonymi brwiami… Czyżbym trochę za bardzo poczuł się swobodnie?
- Skoro tak to muszę się trochę jeszcze koło ciebie pokręcić heh - i jak tylko wypił kawę to zaczął się zbierać - do zobaczenia malutki~ dzięki za kawkę - i poszedł. Więc zająłem się rzeczami ważnymi. Ubrałem się i ogarnąłem do końca, spakowałem tablecik do notatek i w sumie o 9.15 wyszedłem. Więc do samochodu, a tu dupa. Nie odpala… Więc już ciśnienie +300… Więc do motorku… ten też jak na złość, chwilę pokręcił i nic… Więc ciśnienie +600… no został jeszcze bus… No kurwa busem nie będę jechał do cholery! …. Więc co. No trzeba było wyciągnąć rower no. Czy mogłem zadzwonić do Howella? Mogłem, ale nie chciałem! Więc ruszyłem…. Po 40 minutach byłem na miejscu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jechałem rowerem hah. Oparłem się o moją dzisiejszą furkę i czekałem na Alexa. I czekam… I czekam… I zadzwoniłem….
- Gdzie ty?
- Em… EM… hehe zaspałem…
- Nosz… kur… serio?!
- No już się zbieram! Zaraz będę! - i się rozłączył.
- Ja jebie… - to chuj… to idę sam… jak mi dopisze szczęście, to może to odwołali?
Chris
Widziałem go~ Na rowerze~ chociaż liczyłem, że jednak zadzwoni. No trudno. To na powrót pojedzie ze mną hehe. Wróciłem z biurowymi rzeczami do domu i pojechałem do tej szkoły. Stanąłem na parkingu przed jej wejściem. Budynek szkoły z zewnątrz wyglądał okazale i wyróżniał się na tle innych zabudowań. Miał jasną, masywną fasadę oraz duże, wysokie okna, które nadawały mu elegancki i poważny charakter. Całość sprawiała wrażenie solidnej i trwałej konstrukcji. Przed wejściem znajdowały się szerokie schody prowadzące do głównych drzwi. Elewacja była prosta, ale estetyczna, z widocznymi detalami, które podkreślały zabytkowy wygląd budynku. Otoczony był niewielkim terenem zielonym, który oddzielał szkołę od ulicy i dodawał jej spokojnej atmosfery. Ładny budyneczek. Oparłem się o maskę. Ciekawe ile to będzie trwać… Teoretycznie, już ponad godzinę… Mam czas, poczekam.
- A więc to jest ta osoba, która się niedawno wprowadziła i było o niej trochę głośno - usłyszałem po swojej lewej. Nie myliłem się, to ten Adral Linn. Mężczyzna o wyraźnie dostojnej sylwetce, która od razu przyciąga uwagę. Wyprostowany, o spokojnych, pewnych ruchach, sprawia wrażenie kogoś, kto zawsze panuje nad sytuacją. Jego ubiór jest starannie dobrany, stonowane kolory, elegancka marynarka, schludna koszula, jakby każdy szczegół był dokładnie przemyślany. Twarz ma poważną, ale nie surową, z przenikliwym spojrzeniem i opanowaną mimiką, która zdradza dyscyplinę i spokój. Całość tworzy wrażenie człowieka, który jest pewny siebie, zorganizowany i przyzwyczajony do bycia w centrum uwagi. Przekonajmy się, czy wygląd adekwatny do osobowości.
- Dzień dobry.
- Dobry, miło się spotkać w końcu na żywo. - o czym ten człowiek teraz pierdoli?
- W końcu?
- Mhm. Kiedyś chciałem do ciebie dołączyć, ale twoi ludzie mi na to nie pozwolili. Podobno nie mam…. doświadczenia, jak to powiedział jeden z nich… - nie, za cholerę nic nie wiem… Mniejsza
- Nie dotarło to do mnie, ale skoro tak było… Wiedzą co robić…
- A co tu robisz? - popatrzył na mnie z uśmiechem
- Czekam na kogoś…
- Mhm~niech zgadnę. Ma 1,60m wzrostu, czarne włosy i niebieskie oczy. - bingo! Więc po cholerę pytasz jak wiesz…`
- Być może.
- Czyli na pewno. Słyszałem o tobie sporo i wiem, że mamy podobne gusta - zaśmiał się.
- Całkiem możliwe. Różnica jest taka, że ciebie nie trawi.
- Popełniłem z nim mały błąd… - ta, ciekawi mnie jaki. Ale pewnie zaraz się dowiem.
- Chyba dość poważny, skoro on nie zbliża się do szkoły, a ty do jego sklepu…
- Nie spodziewałem się, że… - i tu urwał - po prostu go nie doceniłem.
- Poddałeś się? - aż parsknąłem śmiechem. Nie dziwę się, że nikt mi nic o nim nie powiedział.
- Nie, na moment wycofałem… Niestety, ale jak Oki stwierdził, że nie będzie więcej chodził do szkoły, to moje pole do popisu się sporo zawęziło… włożył ręce do kieszeni - ale to spotkanie otwiera kolejne możliwości - delikatnie się uśmiechnął.
- Mhm… A to nie tak, że to o 10 miało się zacząć to spotkanie?
- A tak, to prawda, ale niestety się trochę spóźniłem - i kilka osób wyszło, w tym, rudy kolega Okiego… A jego nie widzę… Rower stoi, więc musiał dotrzeć… - no cóż… Na mnie pora. - i ruszył do wejścia, ale zatrzymał się po kilku krokach - chyba, że…
- Chyba, że co?
- Może chcesz wesprzeć lokalną młodzież i pomóc w przygotowaniach? Nie mówię tu o samym wydarzeniu, ale każde wsparcie finansowe się przyda - popatrzył na mnie z szerokim uśmiechem.
- Ta. Może i bym chciał. - odwzajemniłem uśmiech. Cudnie.
- Świetnie, więc liczę na owocną współpracę. - i wyrównaliśmy krok. Zbliżyliśmy się do Alexa
A - Dzień dobry… i .. dzień dobry? - uniósł brew na mój widok - po chwili wyszły dwie dziewczyny, też z rudymi włosami. Wyglądały niemal identycznie. Alex tylko ciężko westchnął. - Ox nie mnie zajebie. Chcę wypas stypę…
?? - Co…? - jedna z dziewczyn zapytała i ruszyli w stronę kosza. Zakładam, że palić. Po jego reakcji, już wiem, że będzie ciekawie
L - Idziemy - uśmiechnął się i ruszył pewnie do środka. No jasne, że idziemy. Korytarze szkoły były długie i jasne, z podłogą lśniącą od częstego mycia i ścianami pomalowanymi w stonowane, spokojne kolory. Jednak to, co przyciągało uwagę najbardziej, to liczne gabloty ustawione wzdłuż ścian. Stawałem na chwilę przy każdej. W ich wnętrzu błyszczały puchary i medale, a obok nich starannie ułożone dyplomy i certyfikaty, każdy opatrzony nazwiskami uczniów i datami zwycięstw. Kilka nawet Okiego. Głównie sportowych. Siatkówka oraz sporo lekkoatletyki. Biegi przełajowe, sztafety… Pierwsze miejsca… I kilka dyplomów, matematyka i fizyka, oraz biologia i przedsiębiorczość… Dziwny rozstrzał, ale to tłumaczy dlaczego dobrze sobie radzi ze sklepem i dlaczego jego postawa fizyczna, jest taka jaka jest… A jebany dzieciak, jest szybki. Aż uśmiechnąłem się sam do siebie. Linn dał dłoń na moje ramię
- Sporo tego, jak na kogoś kto nie był za długo w szkole.
- A uwierz, że to nie wszystko. Chłopak ma naprawdę niesamowitą widzę… Szkoda, że psuje to swoim zachowaniem. Tak jakby specjalnie chciał, żeby wszyscy mieli go za głupiego. A uwierz mi, wiem, że taki nie jest. - i ruszył dalej. Wiem, że nie jest. I nie ważne jakby się nie zachowywał, to każdy kto coś wie, to to zauważy. Ruszyłem dalej za nim. Doszliśmy na drugie piętro, do jednej z klas. I już na wejściu było słychać jakąś kłótnie.
?1 - Nie widzę w tym przeszkód…
?2 - Nie jest uczniem, nie powinien brać udziału w przygotowaniach…
O - I widzisz? Pierwszy raz się zgadzamy. Też uważam, że nie powinno mnie tutaj być. - Oki siedział oparty swobodnie o ławkę, jakby cała ta gęsta i kłótliwa atmosfera zupełnie go nie dotyczyła. Czerwone pasma w jego ciemnych włosach wyróżniały się pod światłem lamp, a nonszalancka poza sprawiała, że na pewno przyciągał spojrzenia wszystkich, którzy pierwszy raz dzisiaj weszli do pomieszczenia, nawet jeśli sam nie zwracał na to uwagi. Kolczyki, piercing i widoczne tatuaże kontrastowały z typowo szkolnym otoczeniem, ale właśnie ten kontrast działał na jego korzyść. Podoba mi się, że nawet podczas zebrania, które tak bardzo uważała za nudne, oficjalne i nie do zniesienia to, pozostawał sobą. W szkolnej klasie pełnej rozmów i szmeru głosów innych uczestników, którzy byli poruszenie wymianą zdań, wyróżniał się spokojem i pewnością siebie, podczas gdy na reszcie twarzy widniał niepokój, a na niektórych nawet strach. Nie mogę ukryć tego, że jego wygląd idealnie pasuje do tej lekko buntowniczej, niezależnej natury chłopaka..

?2 - Nie powinieneś się w tym momencie odzywać.
O - Jak to nie. W końcu kłócicie się o moją osobę, prawda? Pośrednio jestem w nią wciągnięty, nie uważa pan.. Panie Veylan - mówił spokojnie, miło, wręcz przesadnie uroczo, ale delikatny, wredny uśmiech nie schodził mu z twarzy.
L - Nic się nie zmieniło, co? - Linn wyszeptał do siebie prawie bezgłośnie.
?1 - Oki, proszę cię….
O - No co no. Zgadzam się z nim. W czym problem…
?1 - Mi zależy, żebyś jednak pomógł…
O - Zgodziłem się pomóc rudzielcom, a nie wam wszystkim. Nie mam zamiaru robić czegoś co wykracza ponad to. A na ciebie jestem zły Urkan.
V - Jak się odzywasz do dyrektora dzieciaku…
O - Byłego dyrektora, a pan nie jest kimś kto może mnie w ten sposób upominać. - tu usiadł prosto i popatrzył na mężczyznę w brązowych włosach, tak, jakby miał zaraz wstać do niego. Małe to takie, ale nie da sobie wejść na głowę hah. - Jeśli ma pan potrzebę…?!
U - Już, dość, młody, spuścić trochę pary, jasne?
O - Yh… Dobra, kłóćcie się dalej, idę do rudych.. Przez was zacznę znowu palić. Możecie mieć mnie na sumieniu. - powiedział z udawaną urazą gestykulując rękoma, ale jednocześnie się uśmiechał. Wstał i zaczął iść w naszą stronę - nie no, kurwa bajecznie… Kto jeszcze? Mamy już Veylana, Linn to było do przewidzenia, Howell.. Boże jak dobrze, że nie muszę tu już codziennie przychodzić… - przewrócił oczami, przepchnął się między nami, i zniknął w cholerę.
U - Dobrze, że jesteś Adral… - dyrektor sapnął z ulgą
L - Wybacz, nie mogłem szybciej - i zaczęliśmy rozmowę między sobą.

