Rozdział 5 - Współpracownik
Chris
L - Dyrektorze, Kaien… Chciałbym przedstawić wam - mówiąc to wskazał na mnie, więc mu przerwałem i sam się przedstawiłem.
Ch - Christoph Howell. - podałem panom rękę i bardziej się im przyglądnąłem. Dyrektora widzę pierwszy raz na oczy i w życiu o nim nie słyszałem… Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kogoś, kto nie traktuje życia przesadnie serio. Ubrał się swobodnie, jakby formalne zasady były dla niego jedynie regułą, w której on jest wyjątkiem. Koszula bez krawata, rękawy niedbale podwinięte, marynarka noszona raczej z przyzwyczajenia niż z obowiązku. Jego postawa jest luźna, a sposób poruszania się lekki, pozbawiony sztywności typowej dla szkolnych autorytetów. Młody do niego po imieniu… Człowiek na takim stanowisku powinien wymagać trochę większego szacunku do swojej osoby. Szczególnie w miejscu pracy… Gdyby nie to, że już zdążyli się do niego kilka razy zwrócić per “dyrektor” to szybciej na to stanowisko wpisałbym Linna… Za to drugi jegomość.. hah Kaien Veylan… mój były dłużnik. Popatrzyłem na niego z lekkim uśmiechem
L - Mam wrażenie, że się znacie. - popatrzył na nas zaciekawiony
K - Owszem… - za to ten, to ma kija w dupie…. za każdym razem jak go widzę, rozmawiam z nim, cokolwiek. Jego powaga widoczna jest już w samym sposobie bycia. Właściciel dobrze prosperującej firmy doradczo-strategicznej Aurex Consulting, aż ocieka spokojną pewnością siebie i kontrolą nad każdym detalem. Zawsze nienagannie ubrany w ciemny garnitur, perfekcyjnie dopasowaną koszulę, stonowany zegarek. Jego twarz rzadko zdradza emocje, spojrzenie ma uważne, chłodne i analityczne, jakby nieustannie oceniał sytuację i ludzi wokół siebie co strasznie mnie w nim irytuje. Wygląda na człowieka, który zbudował swoją pozycję konsekwencją, dyscypliną i wymaganiami, zarówno wobec innych, jak i samego siebie. Ale dobrze wiem, że to tylko na pokaz. Firma prawie zbankrutowała, zaciągnął u mnie dług, aby to odbudować i zataić problemy finansowe, a ze spłatą miał niemałe problemy i cały czas kręcił…. ale nagle spłacił wszytko na raz, co mnie zastanawia. Skąd taki śmieć jak on zdobył taką sumę? I to od tak?
Ch - Tak, znamy się dosyć dobrze. Łączy nas wspólny interes z całkiem niedalekiej przeszłości.
U - Czyli kolejny przedsiębiorca w naszym gronie?
L - Tak, Chris chce….???
Ch - Chciałbym pomóc w przygotowaniach. - uśmiechnąłem się miło - nie mieszkam tu za długo i nie znam tu zbyt wielu ludzi. Myślę, że ten festyn pomoże mi to zmienić
U - Świetnie, każda pomoc się przyda.
K - Taka na pewno lepsza, niż od ludzi pokroju tego chłopaka… Nadal uważam, że to nie powinno mieć miejsca.
L - Kaien, daj spokój. Sam słyszałeś, że każda pomoc się przyda. - Chyba wypadałoby poprzeć Linna. Jeszcze mi Veylan wykurzy stąd dzieciaka i będę w to zamieszany bez powodu.
Ch - Chyba rozumiem oburzenie Vaylena, aczkolwiek …- Kaien popatrzył na mnie nie rozumiejąc, dyrektor z zaskoczeniem, a Linn… On też, ale na koniec delikatnie się uśmiechnął.
U - Ja także. Rozumiem, od dwóch lat nie uczęszcza do szkoły, ale jak w niej był, to odnosił niemałe wyniki. Był uczniem tej szkoły, nie jest nikim obcym… Wydaje mi się, że to wystarczający powód, żeby się zgodzić na to, żeby mógł trochę ingerować w całe wydarzenie. - dał ręce na pierś i sapnął zrezygnowany.
Ch - Przyglądałem się gablotą na korytarzu. Sporo jego nazwiska.
U - Tak, to prawda i to tylko w dwa lata. - powiedział tym razem z dumą, tak jakby się nim chwalił.
Ch - Też uważam, że nie ma nic złego w tym, żeby pomógł. W końcu to ma być festyn poświęcony miasteczku, tak? A tak przynajmniej przedstawił mi to Oki.
U - Już go poznałeś?
K - Widzę, że jestem na przegranej pozycji… - słysząc to, zaśmiałem się.
Ch - Ta~ Miałem tą przyjemność.
L - I o dziwo, całkiem nieźle się dogadują
K - Widząc jak się przywitał, jakoś w to wątpię… - I usiadł przy jednej z ławek.
U - Czyli ustalone. Oki pomaga przy przygotowaniach - uśmiechnął się zadowolony
O - A ja mówiłem, że pomagam tej trójce i nie dotknę się niczego innego palcem. - stanął w drzwiach z rękoma na piersi.
U - Proszę cię. Każdy chce pomóc. - za Okim pojawił się Alex, oraz te dwie rude dziewczyny.
O - Próbuj dalej, może uda ci się zmienić moje zdanie do końca tego spotkania. Ale póki co możesz zapomnieć. - i ruszył do ławki gdzie siedział wcześniej. Usiadł, popatrzył po wszystkich i jego wzrok stanął na mnie. Oj, nie podoba mu się to, że mnie widzi. Ciężko było mi się pohamować się od uśmiechu. Ja dopiero zaczynam malutki. Także usiadłem, jak i cała reszta. I zaczęłą się debata na temat tego jak ma przebiec całe wydarzenie. Zaczęło się chaotycznie, jak to zwykle bywa, gdy w jednym pomieszczeniu zbierze się zbyt wiele temperamentów. Urkan pozwolił, żeby rozmowa przez chwilę toczyła się sama oparty o biurko, obserwował wszystkich z rozbawionym spokojem, jakby badał, kto pierwszy się wychyli, a kto woli poczekać.
Linn szybko przejął rolę porządkującego. Przesunął jedną z ławek, położył na niej notes i marker, po czym zaczął zapisywać hasła: scena, stoiska, bezpieczeństwo, promocja. Każdy temat wywoływał kolejną falę komentarzy. Uczniowie gadali najwięcej. Alex rzucał pomysłami o konkursach i grach terenowych, rude dziewczyny dorzucały coś o dekoracjach i rękodziele, a Oki choć wyraźnie niezadowolony, wtrącał krótkie, celne uwagi, które zdradzały, że jednak wszystko to już wcześniej przemyślał. Im dłużej go słuchałem, tym bardziej było jasne, że nie przez przypadek dyrektor naciskał na to, aby pomagał.
Kaien milczał. Siedział prosto, dłonie splecione, wzrok wbity w tablicę. Gdy w końcu się odezwał, rozmowa niemal sama ucichła.
K - Jeśli ma być scena, potrzebne są konkretne wymiary, dostęp do prądu i harmonogram występów - powiedział chłodno. - Bez tego nie da się zabezpieczyć sprzętu ani ludzi. - Zero emocji. Zero miejsca na sprzeciw. Typowe dla niego.
Ch - No proszę - mruknąłem półgłosem. - Nadal ten sam styl zarządzania strachem i tabelkami, co w firmie… - Spojrzał na mnie tylko na ułamek sekundy. Bez reakcji. Jakby mnie tam w ogóle nie było. Oj, wkurwiasz mnie… Urkan uniósł brwi, wyraźnie rozbawiony, ale nie skomentował. Zamiast tego przytaknął Veylanowi.
U - Ma rację. Potrzebujemy konkretów. - Zerknął na uczniów. - I tu liczę na was. - Oki skrzyżował ręce mocniej.
O - Jeśli mam się w to wpakować, to chcę mieć jasność, kto za co odpowiada - rzucił. - Nie będę łatał cudzych błędów na ostatnią chwilę. - i popatrzył wymownie na rudych przyjaciół i na koniec na Veylana. Definitywnie też się nie trawią. Czy ten mały ma problem do każdego, kto nie jest w jego wieku?
Ch - Rozsądnie - wtrąciłem, bo nie wytrzymałem. - Zwłaszcza, że to wydarzenie ma być wizytówką miasta, nie improwizacją. - Tym razem Kaien spojrzał na mnie dłużej. Chłodno, ale uważnie. Jakby pierwszy raz uznał, że mówię coś sensownego.
K - Skoro tak - powiedział w końcu - proponuję podział na zespoły. Bez chaosu. Każdy z jasnym zakresem obowiązków. - Linn uśmiechnął się pod nosem, a dyskusja zaczęła nabierać kształtu. Mniej gadania, więcej konkretów. A ja, obserwując Kaiena i tego dzieciaka po przeciwnych stronach sali, miałem dziwne przeczucie, że to spotkanie to dopiero początek znacznie ciekawszej historii.
L - Czyli co, wasza trójka zajmie się rozrywkami oraz zespołami - i nie dano mu było skończyć
O - Nie nie, ONI - pokazał na rudych - się tym zajmą, ja tylko pomagam…. Tak, nadal stoję przy swoim… - oparł nogi o ławkę i zaczął się bujać
U - Owszem. - teraz wszystkie oczy wylądowały na dyrektorze - uparcie twierdzisz, że chcesz tylko pomóc Alexowi i bliźniaczkom.
A - No… Jakby nie patrzeć… tylko o to prosiłem… - Alex definitywnie czuł się niezręcznie.
U - Dobrze. - uśmiechnął się szeroko i popatrzył na Okiego i później na mnie. I już wiem, że mi się to spodoba~
O - Co..?
U - Bo widzisz. Składniki, oraz przekąski i napoje sprzedawane na straganach, także mają zorganizować organizatorzy. - uśmiechnął się
O - I? Co ja mam niby z tym wspólnego?
U - Zysk. - i tyle. Rzucił tylko to jedno hasło, a Oki mocno się zamyślił, a po chwili odpowiedział
O - Dobra… - czyli co? Przez pieniądze do serca? Przecież jeszcze wczoraj pluł jadem jak wspomniałem o tym, co może mieć?!
?1 - O! Ox! - odpaliła się jedna z tych dziewczyn - Ox, Ox!
O - No słysze cię przeież, kurwa….
?1 - Ty teraz w czwartek jedziesz na magazyn no nie? I na giełdę? Prawda? - i cała ruda trójka obsiadła dookoła stolik gdzie siedział młody.
O - Ta… To raczej nie nowość, jeżdżę tam co 2 tygodnie? - popatrzył na nich z udawanym przerażeniem
A - Ox…
?2 - Tak
?1 - FRAJERwer~ki~ - popatrzył po nich, a później po reszcie
O - I nikt, nic z tym nie zrobi tak?
Ch - Ja zrobię - i teraz wszyscy patrzyli na mnie - skoro mam w jakiś sposób pomóc, to może w taki? Materiały pirotechniczne nie należą do najtańszych, tak samo jak żywność. Więc tu dołożę swoją cegiełkę.
U - Świetnie! - powiedział zadowolonu
O - Ta… świetnie… - powtórzył, ale niezadowolony i na koniec przewrócił oczami
Ch - Mam jeden warunek - i tu młody popatrzył na mnie z mordem w oczach - sam chcę być przy wybieraniu fajerwerek. - uśmiechnąłem się do niego
O - No.. to chyba jakiś nieśmieszny żart jest… - wywarczał pod nosem, ale na tyle głośno, żeby każdy usłyszał.
K - Zgadzasz się, czy nie? - powiedział do niego oschle i patrzył wyczekująco
O - Mam inne wyjście?
Ch - Spokojnie, nie zostaniesz z kwitkiem - chciałem dodać na koniec “malutki” ale jakoś się powstrzymałem w porę
O - Ta~ Ta~
?1 - Tak! - i wstając przybijali sobie piąteczki zadowoleni
O - Ale! - i znowu usiedli - nie ma nic za darmo, no nie? - popatrzył po nich z wrednym uśmiechem
A - Ox, a było miło…
?1 - I przyjemnie…
?2 - A ty znowu kurwa na nie….
O - Jak na “nie”? Wyjojczeliście swoje no nie? Więc teraz to czego ja oczekuję, skoro mam już się w to wszystko bawić. - i wstał. Wziął marker i zaczął pisać na tablicy te same hasła, które pisał Linn na kartce - mówiłem, że nie mam zamiaru łatać po was niczego. - odwrócił się twarzą do wszystkich z wrednym uśmieszkiem - Jeśli mam się z Howellem zając żarciem i fajerwerkami - o proszę, więc już zajmujemy się tym razem? Dla mnie bomba malutki~ - a później pomóc rudym z rozrywką i dodatkowo jeszcze Im… w ICH występie - coraz mocniej zaznaczał, że pomaga rudym najbardziej i że to ich wina że tutaj jest - to trzeba ustalić faktycznie, kto, co i jak robi. I przede wszystkim w jakim czasie. - i teraz mówiąc patrzył na dyrektora, jakby mówił to tylko o niego.
Oki
Ale cała trójka ma przejebane… Ale kurwa im dam w robocie popalić, oj nie~Alex masz przejebane~hehe nie zapomnę ci tego stary~ Jeszcze kurwa Howell. Oczywiście, że musiał się zespawnować i wmieszać, ja jebie… Ale chuj, dobra. Jak wygramy wycieczkę, to może im to zapomnę, ale to się okaże. Zacząłem rysować wykresy na tablicy.
L - Mogę też pomóc przy dostawach. Mam znajomych z samochodami dostawczymi i… - i chuja jak ci dam się do mnie zbliżyć….
O - Nie, dzięki, nie jestem mi w niczym potrzebny… Panie wicedyrektorze - uśmiechnąłem się sztucznie wrednie - po za tym.. Ty, Dywen i Nevith lepiej radzicie sobie z logistyką…Wiem, że jak coś zaplanujecie, to nie będzie to całkiem bez sensu… Jak już będziecie wiedzieć, kto i z czym będzie chciał stać na straganach to mi powiecie, wtedy ja z Chrisem wybierzemy się po rzeczy. Nie może to być za szybko, więc w ten czwarte po prostu pojedziemy po fajerwerki - popatrzyłem na Howella, który patrzył na mnie z obleśnym, szerokim uśmiechem, delikatnie marszcząc brwi. - zajmę się też transportem..?
Ch - My
O - Co?
Ch - ZajmieMY. W końcu mamy zająć się tym razem prawda?
O - Istnieje coś takiego jak fakturowanie i nie potrzebuję ciebie, żeby ją dostać.
Ch - Ale obejdzie się bez marnowania papieru - uśmiechnął się tym razem wrednie
O - Eh,, dobra, dobra.. O tym i tak musimy później pogadać… - niestety… - Rozrywka i scena lecą do rudych. - pokazałem na nich markerem - ogarnijcie ludzi, którzy chcieliby robić za zapchajdziury, gdy będzie trzeba zmienić scenerię.
A&?1&?2 - Ta jest szef - aż się zaśmiałem słysząc ten chórek
O - Dalej - i zacząłem pisać - Eliona i Maloriel, plakaty, ulotki i jakiś fajny merczyk się przyda, Nie wiem, przypinki, naklejki, balony dla kaszojadów. Wymyślicie coś, a jakby było coś potrzeba to uderzacie do mnie. A jeśli chodzi o przydział techniczny i BHP... - popatrzyłem na Veylana
K - Rozumiem. Astario i Ysera… - popatrzył na nich, a oni tylko kiwnęli głową. Popatrzyłem po wszystkich. Urkan uśmiechał się zadowolony.
Ch - Tak trochę wykorzystywanie. - popatrzyłem na niego i na Urkana, który rozłożył ręce
U - To nie wykorzystywanie, a poprawa umiejętności zarządzania - zaśmiał się
O - Tsa~ z którą jak na moje, to nie mam problemów… Po za tym nigdy nie lubiłem zarządzać ludźmi…
Ch - Dlatego to ty prowadzisz sklep i to ty teraz stoisz przy tablicy i piszesz to, co i kto ma robić - zaśmiał się patrząc na mnie niby miło, ale trochę wrednie.
O - Chcesz się zamienić?
Ch - Nie, chyba tobie lepiej to wychodzi - wredny człowiek… hah. Skończyłem mówić, kto i co, po czym Linn zaczął mówić jak będa przebiegać pierwsze etapy przygotowań. Chris w pewnym momencie dosiadł się koło mnie
O - Czego tu? Nie uważasz, że wiekiem tu nie pasujesz?
Ch - Nie widzę podziału na grupy wiekowe. Wspólniku hah - też się zaśmiałem mimowolnie.
O - Tsa~- ale po chwili spoważniałem. Zerknąłem po sali czy nikt nas nie słucha - Słuchaj… wszystko pięknie ładnie… - powiedziałem tak, aby tylko on słyszał - ale zaczyna mi się to nie podobać… To co robisz, to prześladowanie i nękanie. I o ile nie mam, aż takiego problemu z prywatnym czasem, tak zaczynasz za bardzo ingerować w moje życie zawodowe i towarzyskie, co już zaczyna mi coraz mniej odpowiadać….
Ch - Nie chciałem tu przychodzić. Adral mnie w to wciągnął - odpowiedział pewnie i niby miło, ale na jego twarzy widać było niemałą irytację.
O - I to jest w tym wszystkim chyba najgorsze - powiedziałem całkiem cicho i położyłem na ławce, patrząc na Linna, który dalej mówił. A Howell nic. Tylko zerkał co jakiś czas na mnie. Chyba też zaczęło go to nudzić. I tak patrzę, słucham… Kawy bym się napił… Piłem całkiem rano… Tak… Kawka. To jest to czego teraz potrze..? Nagle przede mną pojawiła się puszka z kawą. Chwilę popatrzyłem nic nie mówiąc. Lekki zaskok, nie będę ukrywał
? - Nie chcesz to sam wypiję
O - Hum… nie no… narzekać nie będę - wyprostowałem się i otworzyłem puszeczkę z napojem bogów. - Co ty tutaj robisz Yuki? Nie lubisz takich rzeczy… - jego tu jeszcze brakowało do kolekcji…
Y - Tak jakoś… - i usiadł. Super… Z jednej strony Howell, który ewidentnie ma nierówno pod kopułką… z drugiej Yuki, z którym nie chcę rozmawiać… nie no, cudnie jest… A przede mną Linn, którego nie chcę widzieć… Pięknie, po prostu świetnie… - Czekam na ojca, tak wyszło, że tutaj jest - uśmiechnął się pewnie
O - Mhm… - nie chcę z nim gadać…
Y - I tak sobie pomyślałem… że skoro masz tu być, a na 10tą… czyli kawa dużo wcześniej… a jest prawie 13. To na pewno zamiast słuchać to myślisz o kawie. - Yh…
O - Teraz jesteś jasnowidzem?
Y - Nie, po prostu cię znam - nie uśmiechaj się do mnie…! Popatrzyłem i zaraz odwróciłem wzrok. Nie nie nie, nie będę z nim rozmawiał.. To zły pomysł… I on jest kolejnym powodem, dla którego nie chciałem tu przychodzić! Czy oni mogą już skończyć? Chcę stąd iść…! Yuki opar się o ławkę i patrzy na mnie wyczekująco
O - Dzięki…
Y - Hum?
O - No.. za kawę… - i cisza.. niezręcznie…
Y - Słuchaj… - zaczął w końcu, ale tym razem patrzył na to, co się dzieje przed nami. - Pogadajmy, co?
O - Nie mamy o czym.
Y - Mi się wydaje, że jednak mamy. - i wstał. - Czekam w samochodzie, przypominam, że za godzinę mam trening - rzucił do Kaiena i wyszedł, uśmiechając się do mnie na sam koniec. I to pomogło. 15 minut później wszyscy się rozeszli.
Ch - Odwiozę cię - to brzmiało jak rozkaz a nie propozycja. O nie nie, mnie zastraszyć się nie da~
O - Nie, dzięki, mam własny rydwan. - i już chciał odpowiedzieć - a poza tym, muszę tu zostać i obgadać kilka rzeczy, więc jeszcze nie wracam. Ale tobie życzę miłej drogi powrotnej - i przesiadłem się do rudych. - help… - rzuciłem cicho do nich i uśmiechnąłem.
A - Ezz, Howell poszedł
D - O co tu chodzi i co tu robił Yuki? - Dora patrzyła to na mnie to na Alexa
V - Nie wiem, ale mi się to nie podoba.. - I jej siostra Vivian się do niej dołączyła
O - Mało ważne… Cieszę się, że poszli.
U - Zamkniecie, jak skończycie - i dyrko dał nam klucz do sali
O - Aj, aj kapitanie - rzuciłem jak już wychodził na korytarz.
A - Zanim zaczniemy gadać o festynie, to ja cię proszę Ox….
O - O co?
A - Jak to o co?! Yuki tu przyszedł nie bez powodu!
O - Daj se siana już…
D - I znowu będzie jakaś drama~
O - Nie będzie żadnej dramy! Weźcie zejdźcie ze mnie no… - coraz bardziej zacząłem się wewnętrznie irytować…
V - Dobra dobra - popatrzyła na mnie - pogadajmy o tym co ważne, tak? - i faktycznie, zaczęliśmy ciągnąć temat przygotowań.
Wyszedłem po 17… A bo jeszcze Urkan coś chciał, a po drodze spotkałem jeszcze kogoś i to tak zleciało mi… A miało być szybko~ Więc idę sobie po mój rower.
- Ej! Nie ta karoca - popatrzyłem w stronę głosu. Howell…Siedział na masce tego swojego drogiego niskobotłogowego brum…

- Mówiłem, że nie chcę podwózki…. - cholera, ten człowiek mi sie podoba z wyglądu… Ale to nic nie znaczy…!
- Nie pytam o zdanie, tylko po prostu tu chodź. - powiedział oschle, ale na koniec się uśmiechnął.
- Yh… - no podszedłem przewracając oczami
- Nie mieliśmy pogadać o czwartku?
- Owszem, ale mamy poniedziałek i muszę się dowiedzieć czy tam gdzie jeżdżę są sprzedawane materiały pirotechniczne. Plus, potrze…?! - zatkał mi usta dłonią
- Ale dużo gadasz - i tak trzymając swoją dłoń na moich ustach zbliżył do mnie twarz - za dużo czasami, wiesz malutki? Zdenerwowałeś mnie wcześniej. Nie podobało mi się to jak do mnie mówiłeś. - patrzyłem mu w oczy. Cholera… ładne ma te ślepia… Podoba mi się ich kolor… ładna zieleń… a czekaj.. bo on dalej coś do mnie mówi chyba…? - więc zejdź czasami z tonu z jakim do mnie mówisz, rozumiemy się? - wziął ode mnie dłoń
- To… teraz powtórz co co mówiłeś od “do mnie mówiłeś” do~ “więc zejdź” - popatrzył na dobity - no co no!, nie słuchałem! Po za tym, nadal nie wiem po co tu przyjechałeś i nie cofnę tego co wcześniej powiedziałem. Wracam rowerem i tyle. - obróciłem się na pięcie i ruszyłem - jutro przyjdź do sklepu, będę tam cały dzień to pogadamy - nie chcę z nim zostawać za często sam… za pewnie się przy mnie poczuł, jestem idiotą. Więc wsiadłem na rower i odjechałem. I tak jadę… Do póki nie znalazłem się na odcinku gdzie nie ma nic poza kawałkiem lasu… Nagle samochód za mną
- Złaź z roweru i wsiadaj…
- Nie… - i szybciej pedałuję, a ten specjalnie przyspieszył i przejechał koło mnie tak, że prawie wjechał we mnie. Skręciłem kierownica i wylądowałem w rowie
- A mówiłem.. Trzeba było po dobroci… - patrzył na mnie z góry dumny z siebie
- Czy cię do reszty pojebało człowieku? Chcesz mnie zabić? - zacząłem się wyczołgiwać z chaszczy. - mogłeś mnie rozjechać?! - warknąłem na niego i zacząłem wyciągać rower - i wisisz mi nowy rower! - popatrzyłem na wgięte szprychy
- Teraz nie masz wyjścia… Zostaw złow w rowie i wsiadaj - założył ręce na pierś zadowolony, a ja? Ja faktycznie zostawiłem rower… i zacząłem iść na piechotę - ej! Nie rozumiesz po ludzku?! - krzyknął za mną - jak chcesz tak bardzo to w ciebie wjadę. Uwierz mi, że nie trzeba długo prosić.
- Rany~jaki ty jesteś człowiek upierdliwy… - burknąłem stając
- Słyszałem…! - no. Ale się cofnąłem do niego - i co? tak ciężko było?
- Owszem
- Wsiadaj po dobroci
- Bo?
- Bo podnosisz mi ciśnienie coraz bardziej - znowu ton mordercy. No wsiadłem… Nie wiem dlaczego, ale to zrobiłem. On po chwili także
- Mam nadzieję, że tego nie pożałuję…
- Rób jak robisz dzisiaj, a się przekonasz… - i ruszył z piskiem.
Chris
Wkurwiasz mnie dzieciaku, za kogo się masz? Dziwny jesteś, ciekawisz mnie bardziej niż inne, ale na za dużo sobie pozwalasz… “ To co robisz, to prześladowanie i nękanie” Ja ci jeszcze pokażę nękanie. Poczekaj tylko… Jechałem przed siebie, oj nie nie~nie do jego domu
- Halo, nie w tę stronę chyba…
- Jedziemy tam, gdzie można porozmawiać.
- Wszędzie można - burknął patrząc przez okno. Powinien się bać w takim momencie, a nie dąsać… W końcu zatrzymałem się na poboczu bo nie wytrzymałem…
- Co jest z tobą dzieciaku nie tak, co? - popatrzył na mnie jakbym mówił w innym języku
- Ale, że co? I ze mną? To ty mnie próbował rozjechać…. - nie odwracaj kota ogonem dzieciaku…! W sumie… ciekawi mnie jedno…
- Skoro uważasz, że naruszam twoją prywatność, to dlaczego tego nie zgłosisz, co? - tylko się podparł ręką i popatrzył jak na debila
- No nie wiem… może dlatego bo ze mną jest coś nie tak? - na to zaśmiałem się ironicznie. Co za dzieciak, nie wierzę. Po chwili sapnął
- Albo jedziemy do mnie napić się kawy, albo do Karo do jej kawiarni na rogu Ashen Row i Glass Quarter napić się kawy… - serio? Tak po prostu? - i co tak patrzysz na mnie jak ciele, co? I tak mamy pogadać o czwartku, nie dasz mi żyć do tego czasu, a humor nie dość, że to całe spotkanie mi spierdoliło, to na koniec jeszcze przyszedł Yuki. A na dokładkę rozpieprzyłeś mi rower bo wpadłem przez ciebie do rowu…?! - znowu zakryłem mu usta zanim poleciał dalej słowotokiem. Boże jak on dużo czasami gada. Odtrącił moją rękę jak zawsze, jakby się jej brzydził i popatrzył na mnie - chcę… kawy… Oki… chce kawy…! TERAZ!!!…. - wygląda teraz dosłownie jak wkurwiony szczeniak… hah.
- Dobra, dobra. Już chłopczyk - i poklepałem go po głowie - jedziemy na kawę, niech ci będzie, że ja stawiam. - i ruszyłem
- DO KARO! - i zamachnął się rękami do góry. Przyłożył nimi w sufit samochodu - ała~
- Pfhaha… Ej… po wgnieciesz
- Tym się przejmujesz? Jechałeś tym po polach…
- Ale wtedy to ja bym uszkodził, nie ktoś.
- Uszkodziłeś… Ale mój rower… i chyba mi kolano… - dał ręce na pierś nadąsany i wrócił do patrzenia przez okno - swoją drogą, to uprowadzenie. I zamach na ludzkie życie…
- Mhm, i co jeszcze?
- Z premedytacją! I z konsekwencją uszczerbku na zdrowiu…
- Mhm… jeszcze? - chwila ciszy i namysłu
- Nie lubię cię… - i parsknąłem śmiechem - myślisz, że jest inaczej?
- Myślę, że kończą ci się oskarżenia. I nadal nie usłyszałem odpowiedzi na moje pytanie.
- Hum? - popatrzył przekręcając lekko głowę.
- Skoro tak dobrze znasz prawo i wymieniłeś już tyle wykroczeń je śli chodzi o moją osobę w stosunku do ciebie…. To dlaczego mnie nie zgłosisz?
- Hum… - zamyślił się znowu, jakby szukał jak ma mi odpowiedzieć. - powiedzmy… powiedzmy, że już to przerabiałem i wiem, że skutkuje to większymi problemami, niż pożytkiem… - z Linnem, prawda malutki? Na pewno tak.
- Kto to ten Yuki? - to też mnie bardzo interesuje. Wyglądał jak problem.
- Nikt ważny….. - szybko ukrócił temat - już nieważny….